A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 9 .    

    Cykl wymiany powietrza zmierzał ku końcowi. Gęsty żółty gaz wypełniał śluzę. Sten ledwo mógł dojrzeć innych robotników, stojących przy przeciwległej ścianie.

    Wewnętrzne drzwi otworzyły się i Sten poszedł w kierunku swojego stanowiska pracy poprzez szeroką na kilometr hemisferę Obszaru Roboczego nr 35.

    Uświadomił sobie, że właśnie minęły dwa lata od czasu, gdy został skazany. Jak ten czas leci, kiedy dobrze się bawisz, pomyślał ironicznie.

    Ustawione na poziomie podłoża kadzie bulgotały i wrzały, szary szlam wylewał się na drogę. Sten lawirował pomiędzy szumowinami, dookoła wielkich brył rosnącego kryształu.

    Zatrzymał się przy pierwszym stanowisku i sprawdził podajnik pożywki przy jednym z wysokich na metr bloków. Pół godziny i wiele potu kosztowało go wyjęcie skręconych zwojów ziarnistego raka z drugiej beki, stojącej obok. Okruchami nakarmił "rośliny" w najbliższej kadzi, i poszedł dalej poprzez wirujące, żółte powietrze.

    Obszar nr 35 był sztucznym duplikatem jednego z odległych światów, gdzie metale żyły swoim własnym życiem. Minerały "rosły", "kwitły" i "umierały".

    Próbki różnych metali wykazywały szczególne właściwości, na przykład niewiarygodną lekkość połączoną z wyjątkową wytrzymałością, daleko większą niż u znanych przedtem stopów.

    Geologowie Kompanii uznali te minerały za interesujące, o wielkich możliwościach na olbrzymim potencjalnym rynku zbytu. Były tylko dwie trudności. Po pierwsze, ich środowisko naturalne zabijało ludzi. To jednak nie stanowiło poważnego problemu. Inżynierowie Kompanii umieli odtworzyć niemal każde warunki. A kiedy do zbioru minerałów używano skazanych Migów z Sekcji Zewnętrznej, wskaźnik śmiertelności można było "zaniedbać". Po drugie, na początku spory problem stanowiła obróbka materiałów. Po latach eksperymentów zmutowano w końcu oparte na metalu "wirusy" z macierzystego świata minerałów i użyto ich jako biologicznych narzędzi do przetwarzania kryształów.

    Ukształtowany metal stosowano w przypadku urządzeń pracujących w warunkach maksymalnego obciążenia, w ratunkowych kapsułach statków kosmicznych, w czujnikach umieszczonych w rdzeniach stosów atomowych, a także jako ekskluzywną biżuterię dla snobów. Rzecz jasna, koszty tego były astronomiczne. Majster Stena ustalił kiedyś cenę jednej bryłki wielkości pięści na równą wysokości rocznej płacy jakiegoś Execa.

    Szybkość wzrostu i rozmiar każdego bloku były starannie ustalane i kontrolowane komputerowo. Ale Sten znalazł sposób na to, aby nieco zwiększyć dopływ pożywki do jednego z bloków. W ciągu sześciu cykli pewna mała, nie zarejestrowana bryłka rosła, gram po gramie.

    Sten sprawdził "swój" blok. Bryłka była już gotowa do zbioru - i przetworzenia w pożyteczne, małe narzędzie, o którym Sten nie miał zamiaru powiadomić Kompanii.

    Odpiął od przegrody mały kanister z tnącym wirusem i przycisnął czubek obok podstawy swojej bryłki. Wyprysnął ledwie widoczny czerwony spray. Sten wycofał się poza zasięg jego działania.

    Widział kiedyś, co stało się z robotnikiem, który pozwolił odrobinie tego czerwonego sprayu przeniknąć przez kombinezon. Nie miał nawet czasu na zneutralizowanie wirusa, zanim ten przeżarł go na wylot. Eksplodował - zatłuszczona kula ognia, ledwo widoczna poprzez wirującą żółtą mgłę utworzoną z połączenia powietrza z kombinezonu i atmosfery Obszaru nr 35.

    Sten odczekał kilka sekund, zneutralizował wirus i odłamał swoją bryłkę od macierzystego bloku.

    Zabrał ją do bioobrabiarki, włożył w odpowiednie miejsce. Zamknął i zapieczętował obszar roboczy maszyny, zakłócił wskaźniki czujników precyzyjnie opracowanym przyrządem tak, aby sekcja kontroli Obszaru nr 35 nie mogła zarejestrować czasu pracy.

    Zmienił układ sterowania na ręczny i wcisnął klawisze. Wirus rozpryskiwał się dookoła metalowej bryłki. Sten poczekał, aż zostanie zneutralizowany, potem powtórzył operację.

    Czekał.







    Były tylko dwa sposoby spędzania czasu. Jeden - liczenie zgonów. Ale w momencie, gdy wskaźnik śmiertelności wynosił dobrze ponad 100 procent rocznie, to tylko przypominało mu, że jest na niebezpiecznym końcu statystyki.

    Drugi sposób to wspomnienia.







    Nadzorca ze świńską szyją czekał, aż strażnicy rozkują Stena i pośpiesznie powrócą do głównej części Vulcana. Potem uderzył Stena ciężką pięścią prosto w twarz.

    Sten upadł i ponownie stanął na nogach, czując smak krwi.

    - Nie masz zamiaru zapytać, za co?

    Sten stał cicho.

    - To było za nic. Jeśli coś zrobisz, to przydarzy ci się coś o wiele gorszego. Jesteś teraz w Sekcji Zewnętrznej. Nie ochrzaniamy się tu tak, jak ci w głównej części. Tutaj Migowie robią to, co im każą. Zewnętrzna dzieli się na różne obszary. Każdy z nich ma inne środowisko. Będziesz pracował głównie w kombinezonie próżniowym. Każdy obszar to jest coś, co nazywają Bardzo Niebezpiecznym Środowiskiem. Dlatego tylko ochotnicy tu pracują. To ty. Ty jesteś ochotnikiem. Mieszkasz, śpisz, odpoczywasz w Barakach. To następna kapsuła poniżej Sekcji Strażników, w której teraz jesteś. Nie idziesz na północ od Baraków, zanim się nie upewnisz, że twoje miejsce pracy nie jest w stanie cię zabić. I jeszcze jedno. To, co się dzieje w Barakach, to nie twój interes. Liczy się wyłącznie to, że maszyny mają być obsługiwane na każdej zmianie i że nie próbujesz uciekać. To jedyne zasady.

    Kiwnął głową i dwóch strażników Sekcji Zewnętrznej wypchnęło Stena.







    Bryłka miała już prawie właściwe wymiary. Sten jeszcze raz obszedł swoją "farmę" i sprawdził dopływ pożywki, potem powrócił do bioobrabiarki i nastawił program ostatecznego wykańczania narzędzia.






    Pierwszą pracę Stena nadzorca nazwał łatwizną.

    To była prototypowa fabryka drutu w atmosferze azotu. Niestety, nie działała jak należy. Niektóre wyciągarki zacinały się. Prasy wywierały zbyt duże ciśnienie albo, najczęściej, druty zrywały się z bębnów.

    I za każdym razem, gdy psuła się instalacja, ktoś ginął. Surowe pręty gromadzące się przy zaciętej wyciągarce odcinały człowiekowi ramię. Zerwany drut jak miecz przecinał robotnika na pół. Pętla, wychodząca z maszyny, owijała się dookoła szyi inspektora, który przez moment nie uważał, i gilotynowała go.

    Ponad stu "ochotników" pracowało w fabryce. Sten stwierdził, że ginie tu jeden człowiek w ciągu zmiany.

    Wydawało mu się, że nadzorca żartował sobie z niego. Potem dorósł i zorientował się, jak prędko inne obszary mordują Migów.







    Wirus przekształcił bryłkę w matowy czarny prostopadłościan. Sten wcisnął guzik "zachować" i neutralizowanie, potem przeszedł do następnej konsoli. Szybko zbudował trójwymiarowy model narzędzia, które chciał wytworzyć. Zawierał on pomiary wnętrza luźno ściśniętej pięści Stena.

    To narzędzie miało pasować tylko do jednego człowieka.







   - Będziesz mi oddawał swoją rację alkoholu tak długo, jak będę chciał?

    - Właśnie tak.

    - Czego chcesz?

    - Wiesz, jak walczyć. Nadzorca i jego kumple nie czepiają się ciebie.

    - No jasne, że nie. Po całej galaktyce uczyłem się walczyć. Chłopie, miałem nawet trochę przeszkolenia w Gwardii. Mały człowieczek wyprostował się dumnie. - Chcesz być twardy?

    - O to chodzi.

    - No tak. Czemu nie? Nie mam nic lepszego do roboty, prócz czekania na śmierć.







    Sten wcisnął "przekazywanie danych" i przesłał do obrabiarki swój model, jako program wzorcowy. Czekał, aż ukaże się światełko "gotowy do pracy", potem dotknął guzika "start".

    Mały, średniej mocy laser żarzył się i krążył wokół bloku metalu. Wirus rozprysnął się dookoła, i następna porcja okruchów odpadła. Potem laser "naznaczył" kolejne miejsca i wirus ukształtował przedmiot według danych wpisanych przez Stena. Przedmiot był kopią modelu.

    Godziny zmiany uciekały w przeszłość, a obrabiarka mruczała z zadowoleniem. Raz Sten musiał wyłączyć, gdy strażnik przechodził obok. Na szczęście nie zatrzymał się przy maszynie.







   - Pozycja podstawowa. Nie. Cholera jasna! Ostrze zawsze idzie przez ciało. Tuż powyżej pasa. Potem jesteś gotów do każdej obrony.

    - A co z nożem?

    - Znasz ostrze, będziesz w stanie wsadzić nóż sześć cali powyżej flaków tego faceta, który usiłował cię pchnąć. Teraz. Po pierwsze: obróć się w lewo. Ostrze idzie prosto w górę i w dół. Krok... nie! Nie! Ostrze musi wejść z boku czyjejś szyi. Nie prosisz go do tańca. Zrób to jeszcze raz.







    Na godzinę przed zakończeniem zmiany zapaliło się światełko sygnalizujące zakończenie zadania. Sten zaczął sterylizowanie neutralizatorem wnętrza obrabiarki. Wiedział, że nie należy się spieszyć.






   - Jesteś w knajpie. Jakiś człowiek tłucze butelkę. Podchodzi do ciebie. Co robisz?

    - Kopię go.

    - Nie. Nie. Możesz tylko siebie zranić w ten sposób. Rzuć czymś. Czymkolwiek. Jeśli zniży rękę, celuj w twarz. Jak nie masz jak go dopaść, walnij krzesłem w pachwinę. Dobra. Uderzasz go. On wraca. Co dalej?

    - Kopię. Kolano. Stopa, jeśli dam radę podejść bliżej. Szyja.

    - Dobra. Tamten pada. Co robisz?

    - Wsadzam mu jego butelkę w twarz.

    - Sten, zaczynam być z ciebie dumny. A teraz zbierz dupę w troki. Ćwicz do końca wolnego czasu. Jutro pokażę ci, co masz robić, kiedy to ty trzymasz nóż.







    Sten otworzył pokrywę przestrzeni roboczej i wyjął swoje narzędzie.

    Swoje własne... Po raz pierwszy w życiu miał coś, co nie było pożyczone ani wynajęte od Kompanii. To, że materiał kosztował tyle, co okup za księcia kupców, a proces obrabiania pochłonął tyle energii, ile potrzebowała cała kopuła, czynił to narzędzie jeszcze wspanialszym.

    Sten trzymał obosieczny sztylet przez ciężkie rękawice swojego kombinezonu. Rękojeść była dokładnie przystosowana do palców Stena ściskających ją w morderczym chwycie nożownika, tak jak nauczył go mały człowieczek.

    Nie było gardy, jedynie prążkowane poziome wyżłobienie pomiędzy trzonkiem a ostrzem, które zwężało się do czubka ostrego jak igła. Cały nóż był długi, wąski i płaski - prawdopodobnie było to najbardziej śmiercionośne ostrze, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Kryształ miał krawędzie niewiarygodnie cienkie, ale wystarczał do przecięcia diamentu na pół.

    Sten schował nóż do nie używanej kieszeni kombinezonu. Miał już przygotowaną dla niego pochwę.

    Hite zrobił ją dla niego.

    On i Sten ukryli się tamtej nocy w starym, nie używanym pomieszczeniu o normalnej atmosferze. Hite dał mu ogólne znieczulenie. A potem delikatnie przystąpił do pracy.

    Przy użyciu skradzionych narzędzi mikrochirurgicznych naciął przedramię Stena, przymocował podłoże z żywej sztucznej skóry, po czym wkleił skonstruowaną wcześniej rurkę. Jej wnętrze kryło ostrze noża. Mięsień nadgarstka owinął dokoła wejścia do pochwy, aby nóż trzymał się na miejscu. Potem przyczepił na powrót warstwy skóry ponad zoperowanym przedramieniem i skleił wszystko razem.

    Minęło trochę czasu, zanim ta kombinacja sztucznej i prawdziwej tkanki zrosła się i zagoiła. Ale Hite był zadowolony, że sztuczna skóra nie spowodowała podrażnień i ciało Stena regenerowało się prawidłowo.

    Zadźwięczał dzwonek na koniec zmiany. Sten wyłączył obrabiarkę i skierował się w stronę śluzy.







    Nikt nie wiedział dokładnie, za co Hite wylądował w Sekcji Zewnętrznej. Znaną sprawą było to, że pracował jako lekarz na jakimś pionierskim świecie. Znaną sprawą było też to, że wziął kontrakt Techa na Vulcanie dla niewiadomych powodów. I rzecz jasna musiał zrobić coś wyjątkowo złego.

    Hite nigdy nie powiedział nikomu - włączając w to Stena co naprawdę popełnił.

    Był nie tylko jedynym lekarzem, do jakiego Migowie mieli dostęp.

    Był także jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miał Sten.

    - Sten, bracie. Jedyny kłopot z tobą to ten, że za mało się śmiejesz.

    - Śmiech? Utknąłem w odbycie Vulcana... Wszyscy próbują mnie zabić. I zapewne im się to powiedzie. I ty chcesz, żebym się śmiał?

    - No jasne, chłopcze. Bo czy może być coś zabawniejszego niż to wszystko?

    - Nie rozumiem.

    Hite przechylił się bliżej.

    - To dlatego, że bogowie nienawidzą cię. Osobiście.

    Sten zamyślił się. Potem uśmiech powoli rozjaśnił mu twarz. A potem zaczął się śmiać.

    - To twój drugi problem, chłopcze. Za dużo się śmiejesz.

    - Co?

    - A z czego tu się śmiać? Jesteś w tyłku Vulcana i wszyscy usiłują cię zabić. Zacząłbym się bać na twoim miejscu.

    Sten popatrzył na niego. Potem pokręcił głową i ryknął ze śmiechu.







    W szatni Sten spryskał swój kombinezon środkiem odkażającym i poczekał chwilę. Nie stwierdził żadnych przecieków. Strząsnął środek odkażający do odpowiedniego zbiornika i powiesił kombinezon na miejscu. W Sekcji Zewnętrznej używano starych kombinezonów próżniowych, odrzuconych przez Techów. Przecieki zdarzały się bardzo często. A po wejściu w strefę roboczą nie było czasu na ich łatanie. Sten ziewnął i poszedł przez Baraki w kierunku swojej pryczy.

    Nóż spoczywał wewnątrz jego ramienia. Otwarta ręka trzymała go bezpiecznie w pochwie. Sten nie mógł się doczekać, aby pokazać to Hite'owi.

    Baraki śmierdziały jak Dzielnica. Podniesiona do sześcianu. Bez strażników. Paru osiłków minęło beznamiętnie młodego chłopaka, leżącego bezwładnie w kałuży krwi. Jeden z nich uśmiechnął się do Stena.

    - Przyszła dzisiaj dostawa świeżego mięsa.

    Sten wzruszył ramionami i poszedł dalej. Stanowisko wydawania alkoholu było zatłoczone jak zwykle. Zatrzymał się przy swojej pryczy. Kobieta - Mig, która zajmowała łóżko nad nim, powiesiła swój koc jak kurtynę. Zza kurtyny dochodziły podwójne stękania i pochrząkiwania.

    Sten skierował się ku kwaterze Hite'a. Stary człowiek chorował, ale Sten miał nadzieję, że czuje się już lepiej. Chciał wypytać go trochę o Sektor Pionierów.

    Dookoła pryczy Hite'a stało paru ludzi. Nadzorca i kilku jego pomagierów. A obok nich wózek - robot.

    Dwóch zbirów podniosło szary, kruchy, sztywny przedmiot z pryczy i rzuciło bezceremonialnie na wózek.

    Sten rzucił się do biegu, gdy wózek automatycznie zaczął odjeżdżać. Walnął pięścią w panel kontrolny i zatrzymał maszynę.

    - Nie ma potrzeby - powiedział jeden z pomocników nadzorcy. - Stary drań zdechł.

    - Co się stało?

    - Chyba po prostu umarł. Z przyczyn naturalnych.

    Sten zaczął się odwracać... ale zatrzymał się i spojrzał na ciało przyjaciela.

    Krew nadal sączyła się z rany na gardle Hite'a. Sten popatrzył na nadzorcę.

    - Nie chciał iść na zmianę. Więc, jak powiedział Malek, po prostu umarł. Z przyczyn naturalnych.

    Nadzorca popełnił błąd śmiejąc się.

    Sten podnosił się z podłogi ku niemu. Jeden ze zbirów przeszukał go i Karl upadł. Obrócił się i znowu stanął na nogach. W jego umyśle odbiły się echem słowa małego człowieczka.

    Nie wolno ci się złościć. Nie możesz chcieć niczego. Masz być odpowiedzią bez namysłu.

    Jeden z pomocników ruszył się i stopa Stena wystrzeliła. Kolano mężczyzny załamało się nagle i padł.

    - Brać go.

    Pomocnicy skoczyli do przodu. Jeden olbrzym dochodził z boku, łapiąc Stena w kleszcze swoich łap. Chłopak uwolnił jedną rękę i trafił go pięścią z wystawionym kciukiem.

    Zbir puścił Karla i cofnął się wyjąc, a krew spływała mu z oczodołu.

    Sten obrócił się, trafiając draba stopą w podstawę szyi. Coś trzasnęło i mężczyzna zwalił się na podłogę.

    - Załatwcie go, kretyni! - wrzeszczał nadzorca.

    Dwóch ludzi stało patrząc na niego i na Stena, próbując zdecydować, który z nich gorszy. Jeden z mężczyzn wyłamał pręt podtrzymujący pryczę, a drugi sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej błyszczący nóż, zaostrzony jak dłuto.

    Sten miękko opuścił prawą rękę. Zacisnął palce. Nóż wskoczył w dłoń. Chłodny. Pewny.

    Mężczyzna ze stalowym prętem pierwszy dosięgnął Stena, obracając się. Chłopak podniósł nóż... i ostrze przeszło gładko przez stal. Mężczyzna spojrzał na trzymany w ręku krótki stalowy ogryzek. Sten skoczył i przeciął mu gardło miękko jak masło.

    Nożownik udał, że uderza, gdy chłopak odwracał się, potem wycelował w brzuch. Sten zasłonił się ręką... Nadzorca zamarł. Ramię jego pomocnika, z nożem wciąż tkwiącym w dłoni, upadło na podłogę.

    Potem nadzorca odwrócił się i pobiegł. W złym kierunku. W dół, oddalając się od pomieszczeń straży. W stronę obszarów roboczych.

    Sten złapał go tuż przed szatnią. Mężczyzna obrócił się. Wyciągał przed siebie obie ręce. Oczy rozszerzyło mu przerażenie.

    Sten uderzył raz.

    Nadzorca wrzasnął, gdy wnętrzności wylewały mu się na zewnątrz, potem miękko opadł na podłogę.

    - To było za nic.

    Sten biegł po swój kombinezon, gdy rozdzwonił się alarm.







    Wewnątrz Obszaru nr 35 Sten doskonale słyszał bębnienie w drzwi śluzy. Nie bał się za bardzo. Zawalił śluzę powietrzną, a wewnętrzne drzwi zaklinował tak, aby pozostały otwarte. To powinno im zająć trochę czasu.

    Strażnicy najwyraźniej uznali, że został schwytany w pułapkę. Miejsce to nie miało żadnego połączenia z innym obszarem. A na zewnątrz królowała kosmiczna próżnia.

    Sten niesłychanie ostrożnie podniósł zbiornik zawierający wirusa i dotaszczył go do zakrzywionej, zewnętrznej ściany kopuły. Otworzył zawór i wygramolił się do tyłu, do przewróconych sań grawitacyjnych, podczas gdy czerwony spray wirusa świszczał naprzeciw okrywy kopuły.

    Sanie grawitacyjne były największą rzeczą, jaką mógł znaleźć. Wszystkie kotwice wypuścił na zewnątrz i miał nadzieję, że utrzymają, gdy zacznie się polka.

    Ściana pokrywała się pęknięciami, szczelinami, bulgotała i wrzała, aż... mur rozpuścił się. Eksplodowała ciemność. Burza uciekających gazów ryczała, uciekając w przestrzeń kosmiczną. Bryły kryształu, warte mnóstwa kredytów, pojazdy i narzędzia wirowały dookoła dziury i znajdowały swą drogę na zewnątrz.

    Sanie zatrzeszczały... kotwice puściły i z ogłuszającym zgrzytem pojazd uwolnił się i ruszył w kierunku dziury. Zaczął się przez nią przeciskać, ale był po prostu zbyt wielki, aby zmieścić się między dwiema głównymi belkami podpór.

    I nagle ryk ustał. I to, co pozostawało z Obszaru nr 35, trwało w ciszy.

    Krew napłynęła Stenowi do oczu, gdy uderzył się w obręcz wizjera kombinezonu. Mrugnął, strzepując ją i starannie sprawdził, czy nie ma przecieków.

    A potem prześlizgnął się dookoła sań i wysunął przez dziurę. Zachwiał się, czując chwilowy zawrót głowy, gdy ciemność i ostre światło gwiazd rosły wokół niego.

    Tak czy inaczej, wydostał się z Sekcji Zewnętrznej. Oraz zdołał uśmiechnąć się krzywo - spełnił jedno ze swoich marzeń. Był poza Vulcanem.

    Nie miał pojęcia, dokąd idzie. Najpierw szedł powoli, a potem, kiedy nabrał pewności i stwierdził, że magnesy butów wystarczająco mocno trzymają go i nie odleci w przestrzeń, zaczął poruszać się długimi krokami.

    Kilka razy o mało nie wpadł w panikę i rozglądał się w poszukiwaniu nie istniejącego ukrywa, kiedy łodzie patrolowe i tratwy naprawcze przelatywały w pobliżu.

    A potem zorientował się... że ich wszystkich zajmowała w tej chwili ta niespodziewana, kosztowna eksplozja gdzieś daleko w Zewnętrznej. Gdyby go nawet zauważyli, to jeden człowiek w roboczym kombinezonie nie mógłby zostać skojarzony z tymi zniszczeniami.

    No, przynajmniej nie na tym etapie.

    Trzymał się na zewnątrz, dopóki rezerwy powietrzne kombinezonu nie uległy całkowitemu wyczerpaniu. Wtedy wszedł do środka pierwszym lukiem, jaki zobaczył. Domyślał się, że był on przeznaczony dla rutynowych dostaw zaopatrzenia.

    Pogrzebał przy uchwycie i drzwi łagodnie otworzyły się. Wczołgał się do małego pomieszczenia śluzy, zamknął zewnętrzne drzwi i wcisnął guzik wymiany powietrza.

    Wewnętrzne wrota zapiszczały otwierając się, po drugiej stronie było powietrze mogące przenosić hałasy, i Sten wszedł. Długi, pusty korytarz rozciągał się daleko do przodu i do tyłu. Na ścieżkach zalegała gruba warstwa kurzu i część oświetlenia nie działała. Sten opadł ciężko obok grodzi. Był wolny. Był w domu.

    Zastanowił się nad tymi dwiema myślami. I uśmiechnął. A potem zaczął się śmiać.

    Wolny. Dopóki go nie złapią. Dom? Vulcan?

    Ale śmiał się, jak uczył go Bite.

    Wydawało się to jak najbardziej właściwe.

następny